Cuba shop © 2015 . All rights reserved.

Historia pewnej mielonki, czyli jak wróciłam do pisania

Na Kubie nie ma praktycznie nic¹. Pomijam czarny rynek (jest wszystko, poza oczywistym dla Obcego wejścia do tegoż) oraz sklepy na kartki (nadal właściwie po stronie “nic”). Sklepy dewizowe obiecują lśniącą szklaną witryną, szwadronem ochrony i chłodkiem klimatyzacji dużo więcej niż w rzeczywistości są w stanie oferować. Po tygodniu staje się boleśnie jasne, że różnorodność asortymentu pozostaje jedynie w sferze obietnicy sprzed piątego podejścia.
Ale wchodzę, bardziej już z nawyku upewniania się, że nic nowego nie znajdę, lekko może podbitego ciekawością jak dużo mniej może być w sklepie w mniejszej miejscowości. Błąkam się powoli między półkami, rozważam, sztuka dla sztuki, nieludzko drogą puszkę kukurydzy i nagle mój wzrok pada na Nią.
Niedowierzając własnym oczom, wpatruje się w uśmiech niebieskookiej blondynki, której do pełni obrazu brakuje tylko pęku czerwonych maków w ręku. Zamiast tychże jednakowoż niemożliwy do pomylenia napis: POLKA.
Oszołomiona tym niespodziewanym spotkaniem rodaczki na trasie, patrzę co też ta Polka ma w środku. I ze wszystkiego co mieć mogła, miała akurat to, co rozlało mi się mazurskim jeziorem po ciele, zachybotało kładzionym wiatrem zbożem, zaświstało śpiewem kormoranów, zamigotało wściekle fioletowymi połaciami wrzosu…
Konserwa turystyczna.

Konserwa turystyczna. W kubańskim sklepie dewizowym. Za kilka nieosiągalnych dla większości Kubańczyków, rzeczonych dewiz². Mięso, w kraju, gdzie za zabicie, poza oficjalnym obiegiem, krowy, czeka kilka lat wiezienia. Jednym słowem, towar wysoce luksusowy. Znikądż indziej jak z mojej ojczyzny! Mało tego, z Polski kapitalistycznej, nie z czasów przyjaźni Polsko-Kubańskiej, w których to czasach pewnie i po drugiej stronie oceanu niejedno serce by zabiło na widok tejże. Co do tego ostatniego (bo nie to, że tak sobie plotę trzy po trzy, pierwsza moja myśl pognała w stronę “toż ile to tu musi leżeć!”), jestem pewna. Sprawdziłam datę produkcji.

W tym czasie, ze mnie na Polkę Konserwę przerzucał zdumiony wzrok szwadron ochroniarzy oraz dwie ekspedientki, które pewnie niejedno w życiu widziały. Wywijania hołubców w dziale “Konserwy” być może jeszcze nie. Mojej nieskończonej radości nic jednakowoż nie było w stanie speszyć, nawet stanowcza odmowa uwiecznienia Turystycznej na okolicznościowej fotografii. Pies zdjęcie drapał, wysupłałam 4 CUC i opuściłam lokal czule obejmując 350 gram pachnących żaglem i biwakiem. Możliwe, iż podśpiewując “Na całych jeziorach Ty”.
Był listopad 2014 roku.

Ci, którzy z uprzejmym zdziwieniem uczestniczyli (uwaga!) osiem miesięcy w moim życiu z mielonką, zadają mi pytanie, dlaczego nie zjadłam jej na Kubie. Jakże ja mogłam ją zjeść? To znaczy zjeść absolutnie mogłam, nawet byłoby to wskazane biorąc pod uwagę dość monotonną dietę (pizza i lody). Problem leżał w odwiecznym dylemacie “zjeść ciastko i mieć ciastko”. W tych pierwszych tygodniach nadal bardziej chciałam mieć. Chciałam wracać do pokoju w którym Turystyczna na mnie czekała. Chciałam zerkać jej w oczy o poranku. Chciałam też mieć perspektywę, która to perspektywa nieuchronnie zniknęłaby razem z konsumpcją.

Turystyczna jednak waży i jest to przeciwwaga nie do zlekceważenia dla kogoś, kto obcina końcówkę szczoteczki do zębów bądź przepłaca za hamak lżejszy od tańszej wersji o 50 gram. Fabrycznie Turystycznej dano 350 gram plus puszka, ale jak wiadomo jest to waga półkowa. Waga transportowa, z moich wstępnych wyliczeń, rośnie 10 gram co 100 metrów, przy czym po trzecim kilometrze współczynnik wzrostu gwałtownie przyspiesza³. Odwrotnie proporcjonalnie do organizmu transportującego.
Ja sama to bym może i dłużej pociągnęła to szaleństwo, ale lud w Ameryce Łacińskiej usłużny, bagaż nierzadko na dach wrzucany, kręgosłupy do salsy i baciaty szkolone. Strach, że wyeliminuje co lepszych tancerzy, ogromny. Nad POLKĄ zawisł topór szwajcarskiego scyzoryka uposażonego w stosowne do okoliczności ostrze.

Konserwa Turystyczna POLKA
Rzeczona. Na półce mego domostwa w Guanajuato (Meksyk)

Chciałam znaleźć godny Turystycznej anturaż, padło na Boże Narodzenie. Ale na Boże Narodzenie zrobiłam rybę w galarecie z galarety przewidzianej w kuchni meksykańskiej na wyłączność deserów i każdy łut szczęścia oraz pomoc boża była mi potrzebna, żeby na proszonej kolacji nie zostać wyproszoną razem z moim wkładem w wieczerze. Konkurencja w postaci Turystycznej w ogóle nie wchodziła w rachubę.

I wtedy nastąpił przełom w sprawie. Gdybymż to ja wiedziała, że funduje Turystycznej (nomen omen) wizytę w trzech krajach i ośmiomiesięczna wędrówkę, pewnie ugryzłabym się w język. Ale się nie ugryzłam. Niesiona zachwytem nad własnym sprytem i przebiegłością, rzekłam ja do siebie: “zjesz, jak opublikujesz nowy tekst na blogu” (potem naturalnie wielokrotnie parafrazowałam sama sobie tekst owej obietnicy, jednakowoż były to parafrazy zdecydowanie mniej eleganckie).

Przetrwała wyprawę do dżungli, gdzie to się prowiantowo niedoszacowałam i zabrakło mi pożywienia i ona tylko, jedyna przedstawicielka tegoż, w pąsach czekała na wyrok, choć pewnie nie pamiętała tych 20 kilometrów do najbliższego sklepiku, bo przecież to nie ona mnie a ja ją te 20 kilosów na plecach niosłam. Ale nie ruszyłam, to znaczy ruszyłam, ale rzeczone kilometry do najbliższej wsi.
Pojechała nad ocean. Pojechała w góry, zahaczyła o kilka frapująco pofałdowanych meksykańskich miast i miasteczek. Po drodze się roznegliżowała kilka razy z błękitnookiej uśmiechniętej Polki i przyznać muszę, że tę akurat przepychankę przegrałam – kilka razy doklejałam Polkę taśmą, ale gdzieś w chwili nieuwagi Turystyczna zrzuciła ostatecznie emblematy i zdecydowała się świecić mi po oczach pełnym wyrzutu srebrem. Bowiem jeździła na wierzchu plecaka. Bowiem nadzieja umiera ostatnia.

Tu wypadałoby napisać, dlaczego nie pisałam. Ale wymagałoby to kilku osobistych wyznań do których opętana hedonistyczna żądzą mielonki nie jestem chwilowo zdolna.

Dla dramaturgii naszej historii ujawnić jednak muszę jedną z poszlak w sprawie, mianowicie istnieje podejrzenie, że się bałam. W wielkim skrócie … nie, tego jak ja do tego doszłam się w wielkim skrócie nie da. Hmm. Może tak. Każdy kij ma dwa końce. Ja dostałam po głowie drugim końcem pozytywnych opinii Czytelników. Im więcej widzieliście sensu w mojej pisaninie, tym większe było moje zamroczenie. Niewiara. Niemoc. Miejscami pewność, że w czasach pisania padłam ofiarą olśnienia, hipnozy czy czegoś w tym duchu (nawiedzenie też było na liście, skądinąd), ale cokolwiek to było, odeszło w stronę słońca zostawiając mnie z jakaś nieogarnialną dla mnie poprzeczką. Jednym słowem, bałam się, że wszystko co teraz napiszę będzie bez sensu.
Jako, iż nie ma lepszej metody na strach niż spojrzeć gadzinie w oczy, uznałam, że historia mielonki ma tak śladowe ilości sensu, iż doskonale się nadaje do tego, żeby napisać i zobaczyć, ze świat się od tego nie zawali.

A nawet jeśli, to przynajmniej mnie ten armagedon najedzoną zastanie.

∼ ℘ ∼

To jeszcze jednym palcem, balansując kanapką z mielonką nad klawiatura, doniosę, że jest i bardziej obiecujący tekst w kolejce. Publikacja w środę. Też osiem miesięcy czekał to mu jeszcze kilka dni nie zaszkodzi. Niestety nie stracił daty ważności.

¹ Sama siebie karcę za takie uogólnienie. Temat jest o wiele bardziej złożony, szczególnie, że równie dobrze można by powiedzieć, że na Kubie jest wszystko. I jedno i drugie byłoby prawdą, w zależności od kryteriów i punktu widzenia.

² Nie do końca są to dewizy, bo jest to nadal jedna z dwóch obowiązujących na Kubie walut. CUC – rzeczone dewizy, które zastąpiły obieg dolara oraz CUP, czyli pesos szarej rzeczywistości. Przebitka CUP do CUC wynosi 25 pierwszych za jedną sztukę drugich.

³ Jeśli macie coś zapamiętać, to zdecydowanie pożyteczniejsza informacja w podróży dotyczy zależności między temperaturą powietrza a wysokością. Otóż można orientacyjnie przyjąć, że każde 100 metrów wyżej to jeden stopień Celsiusza mniej. Wyjątkiem od reguły jest pół metra wyżej przez próg azjatyckiego* autokaru, gdzie wznosząc się 0,6 metra, tracisz od 15 do 20 stopni Celsiusza.
* Kubański Viazul też się łapie w tę prawidłowość. Meksykańskie autobusy w dolną granice zmian, ale też się łapią.

19 Comments

  1. po tym jak przeczyalem Twoj ostatni z listow co rusz nachodzil mnie pomysl zeby napisac o tym jak bardzo ta “pisanina” ma sens i jak bardzo glodny jestem kolejnych odslon.
    mysl ta nachodzila mnie co jakis czas ale zaraz po niej kolejna mysl w kolejce przepychajac sie do przodu mowila, ze moze lepiej nie. jak ma kiedys napisac to napisze.
    dobrze, ze sie powstrzymalem bo moze bym zakrzywil rzeczywistosc i z powrotu wyszly by nici. a z zaklinaniem rzeczywistosci to trzeba mocno uwazac.
    ciesze sie niezmiernie. i te 2 lata jakos przeszly. kazdy akapit smakuje, nawet ten bez sensu. czekam cichutko na kolejne…

  2. ależ się naczekałem. bałem się, że z tej mielonki najzwyklejszy spam wyjdzie, ale nawet ze smakiem się zjadło się 🙂

  3. Nareszcie Kasiu! Czekałam i czekałam. I choć zmęczona dzis potwornie upałem i jazdą na rowerze po gorach już szykowałam sie do snu, gdy pojawiła sie informacja, ze dodałaś cos, zerknęłam. Gdy zobaczyłam że pojawił się post, sen od razu poszedł w niepamięć

    • Anita, błagam, snu nie zarywaj! powinnam była dać na górze jakiś komunikat ostrzegawczy, żeby uniknąć takich historii.
      Dziękuje Ci Kochana za całe wsparcie, którego mi cyklicznie udzielasz. Szczerze mówiąc, to co napisałaś o tej mojej pisaninie na Twoim blogu było bardzo mocnym argumentem na zwalczenie innych powodów dla których nie pisałam. Dziękuje!

  4. Kasiu, jak świetnie, że wróciłaś do pisania. Podziękowania dla Polki. Czekamy na środę.
    Pozdrawiam ciepło z Australii.

    • Australii? Jak pięknie! Niech Ci służy!
      Dziękuję gorąco za dobre słowo. Turystyczna chwilowo jest w niełasce bo się opiera czemuś co Szwajcar przewidział jako otwieracz do puszek. Ale jak odpuści to przekaże.
      Pozdrawiam leciutkim wiaterkiem z zimnej (sic!) Gwatemali! Chociaż, czekaj, u Ciebie zima teraz. To w takim razie ściskam gorąco! Moja zima w Australii nieźle dała mi w kość, oby Tobie była łagodniejsza!

  5. Dokładnie tak, jesteśmy głodni Ciebie i Twojej pisaniny. Piękny come back, czekamy na środę.

    • Grzesiek, ostatnim tchnieniem jeszcze udzeliła mi jednej nauki, skubana:) Daj mi chwilę na wyciagniecie zdjęcia z aparatu, należy jej się mimo wszystko jakaś osłoda gorzkiej prawdy, która się ulała z puszki.

  6. Pożarłem wzorkiem i zmysłami wszystkimi, Twój długo wyczekiwany wpis na blogu 🙂

    • Dziękuję Andrzej! Korciło mnie zrobić wakacyjne powtórki, ale tak podejrzewałam, że pod odgrzewanym kotletem nie pocieszę oka Twoim komentarzem….
      Muchas gracias y montón de abrazos!

  7. Kasiu… Toż to prawdziwy alabaster na skołataną ekspacką duszę mą, to Twoje pisanie! Na tę wiekopomną okoliczność wygrzebałam z kuchennych czeluści przywieziony z Polski kisiel, a co! Jak szaleć, to szaleć! 😉

    • Kisielek?? Eh… targałam ja i kisielek swego czasu, ale coż to była za porażka kiedy go wreszcie zaserwowałam… Strach wspominać. Mam nadzieje, że miałaś skitrany taki prawdziwy, w dużym opakowaniu, a nie ten współczesny (to znaczy ówczesny, bo to jakiś 2012 był), mały, na jeden kubek. “Chwila czegoś”, nie pamiętam czego, ale na pewno nie chwila rozpłynięcia się w prawdziwym kisielu…

      Ale do rzeczy. Ja, Moja Droga, to tę Polkę wiesz gdzie… no to, hmm, jakby powiedzieć, żeby nie zapeszyć…Wracamy? 🙂

      ***
      Anula, dziękuję Ci bardzo za dobre słowo! Wiesz ile znaczy, ufam.
      Abrazotes abrazunioś*!

      *w hiszpaniczku gwatemalskim wszytściutko jest takie zdrobniusione. Przechodzę kryzysik, wyznam.

    • No właśnie ten nieprawdziwy, kręcony łyżeczką, Kochana. Ersatz to to, ale z braku laku… Zresztą, nie ma nikogo, kto by ze mną zjadł taki duży, a jak chcesz ugotować pół takiego, to zawsze wyjdzie za rzadki albo za gęsty, ja tam przynajmniej nigdy utrafić nie mogę 😉
      Boszz… rozmowa o kisielu… Ale jakoś trzeba sobie z kryzysikami radzić, prawda?

      Nie wiem czy wrócę… Ani tam, ani do pisania. Na razie pozwalam sobie nie wybiegać myślami w przyszłość zbyt daleko. Nie linczować za przeszłość.

      Wiem, ile znaczy dobre słowo, wierz mi. Bo wiem ile złego może wyrządzić jedno złe. Nie sądzę, że Ty je gdzieś od kogoś usłyszysz/przeczytasz, ale jeśli, to zaraz po tym przyjdź do mnie po dobre. Obiecaj! Bo równowaga musi być. Bo nie można pozwolić w sobie zasiać ziarna zwątpienia.

      Cuídate mucho, mi amorcito!

  8. Czytam i oczy przecieram ze zdumienia (i trochę z zaspania bo mnie nieprzyzwoicie poranna godzina odjazdu pociągu z łóżka wygoniła)- Kasiu moja kochana błagam, ja na książkę (dalej, uparcie i niestrudzenie) Twoją czekam a Ty mi tu o strachu przed pisaniem? Zrzucić to chwilowe (czymże jest kilka miesiący wobec wieczności) niedomaganie wiary w swój niezaprzeczalny talent mogę chyba tylko ną tą pizzo- lodową awitaminową dietę 😉 Pisz moja droga, pisz koniecznie, lecz już nigdy więcej o zwątpieniu w jakość pióra swojego- to sprawia, że ja we własne wiarę tracę (nie rób mi tego, ja tak bardzo myśli na papier i ekran przelewać lubię!). Pisz proszę. Tęskniłam.
    A dziś jeszcze, gdy do celu podróży dojadę, pobiegnę mielonkę kupić. I też jej nie zjem od razu, i też na wycieczkę ją zabiorę- tylko że w swojskie jej rejony- w Bieszczady. I podzielę się tym smakołykiem z tym, z którym życie dzielę- ciekawe czy mimo iż nigdy naszej krainy jezior nie odwiedził, szum żagli łomotanych mazurskim wiatrem zobrazować mu będę umieć 😉

Leave a Reply

Your email address will not be published.
Required fields are marked:*

*