Dzień, w którym pękło mi serce [Listy z drogi]

Czwarta odsłona “Listów z drogi”. Poniższy list jest odpowiedzią na list Joanny Składanek pt. “W poszukiwaniu domu”.

“Moje podróżowanie (o ile można to w ogóle podróżowaniem nazwać), bardzo różni się od Twojego. Pomimo tego, że systematycznie się przemieszczam, często są to podróże krótkie, przerywane, dlatego też nigdy nie dane mi było doświadczyć tej samotności o której piszesz. Przyznam, że siedzę teraz i dumam, czy to właściwie dobrze, czy źle. Czy ta samotność rzeczywiście zabrałaby mnie w podróż do tego samego, ale jednocześnie jakże innego świata? Jak bardzo poznałabym wtedy siebie i o ile mocniej byłabym w stanie odbierać otaczające mnie bodźce? (…) “

Cały list Joanny do przeczytania na portalu MONOLOCO.

W odpowiedzi na “W poszukiwaniu domu”

 Dzień w którym pękło mi serce

Asiu,

Bezsenne noce miewam, aczkolwiek nigdy nieprzyjemne. Nie wiem tylko czy o tej samej bezsenności mówimy… przypominało mi się teraz, że “bezsenność” ma raczej negatywne konotacje. A dla mnie już od dawna bezsenna noc to synonim spotkania z wszechmocą nocy, innym obliczem tego samego świata, niebem spadającym na głowę. Dobry, bardzo dobry czas. Zauważyłaś, że nocą świat jest większy?

Ale ja tutaj o sennych nocach chciałam Ci opowiedzieć. To stało się w szóstym miesiącu w drodze. W Kalkucie. Mieszkałam w zaczarowanym hoteliku w mocno zdezelowanym stylu art deco. W ciemnej recepcji dzwonił stary telefon, pąsowe ściany nosiły dumnie postery amerykańskich gwiazd filmowych. W patio puszczała oko Merlin, na pięterku uwodziła spojrzeniem Audrey Hepburn. Humphrey Bogart zaglądał mi do siatki z zakupami z półpiętra, kiedy biegłam po schodach na spotkanie z zachodem słońca. Na ostatniej prostej na dach rozpościerał opiekuńczo ramiona dwumetrowy Jezus. Mój Kalkutański dom. Pierwsze miejsce, które zaznaczyłam na mojej Mapie Występowania Miejsc Magicznych w Świecie. Tam po raz pierwszy w życiu przydarzyły mi się sny tak intensywne, świadome, kolorowe. Wolne od praw fizyki, a jednak prawdziwsze niż ta rzeczywistość na jawie. Asia, ile ja tam spałam! Bity tydzień z kawałkiem robiłam wszystko, żeby przeciągnąć czas snu. Otwierałam oczy i pamiętając, gdzie jestem w moim sennym życiu, zmuszałam się do zaśnięcia ponownie, żeby kontynuować przygody. Nie da się opisać tego doświadczenia. Ja w ogóle nie wiedziałam, że można tak śnić. Myślę, że bez mojego udziału, stały się moim udziałem tzw. lucid dreams¹. Porozmawiajmy o nich jeszcze kiedyś, bo to szalenie ciekawe, dobrze?

Potrzeba mi była ta radosna myśl, bo może czas, żeby trochę więcej opowiedzieć o tej samotności w podróży. Owa samotność to największy nieodkryty ląd jaki przyszło mi eksplorować. Ciężko mi to wyjaśnić, bo sama nigdy nie przypuszczałam, że równolegle do odwiedzanych fizycznie krajów okaże się, że będę szła nieznaną mi zupełnie ścieżką. Nieprzygotowana, bez wzorców, drogowskazów, schronisk po drodze, w których można wymienić informacje o tym jak wygląda sytuacja za kolejnym zakrętem. Spróbuję opowiedzieć Ci trochę o tej samotności, jak o jakimś bardzo odległym kraju. Sama o tym tak myślę. Łatwiej mi patrzeć na to co się dzieje w materii moich samotnie podróżujących emocji z bezpiecznego dystansu obserwatora. Ogarniać umysłem i notatkami o tubylczych zwyczajach, niż zapadać się razem z tymi emocjami w miejsca, które ja bym dla odmiany zakwalifikowała jako “pchanie głowy w paszczę lwa“.

Może zacznę od tego o jakiej samotności mówimy. W Polsce często byłam sama. Sama w domu, sama w drodze do kina, sama w parku. Fizyczna samotność, z wyboru i pod pełną kontrolą. To jest zupełnie inny stan (o który nota bene nadal często zabiegam, bo akurat o tę fizyczną samotność w Azji niesamowicie trudno). Samotność w podróży jest z zupełnie innej gliny. Oznacza, że znika wokół Ciebie prawie wszystko, czym latami sami się obwarowujemy i czym służy nam za podporę społeczeństwo.

Żeglujesz? Łodź można przycumować bezpiecznie tylko na dwa sposoby. Albo rzucając kotwicę albo przywiązując liny do przygotowanych wcześniej do tego miejsc. Tylko dobrze przycumowany jacht daje Ci schronienie na spokojny sen, poczucie bezpieczeństwa, odpoczynek. Tylko dobrze zakotwiczony jacht pozwoli Ci przerwać bezpiecznie sztorm. W życiu też rzucamy takie kotwice, które mają nas ochronić przez wypłynięciem na niebezpieczne wody. Przytrzymać przez upadkiem, gdy przyjdzie zawierucha. Cała sieć naszych przyjaciół i znajomych, pełny numerów telefon – zacznijmy od tego. Nie trzeba nawet naciskać zielonej słuchawki, żeby czuć bezpieczeństwo takiej możliwości. Ekspresowe wyjście awaryjne, zawsze pod ręką. Praca czy inne zajęcie, które daje nam poczucie sensu przed pierwszą kawą. Obowiązki. Oh, jak cudownie kotwiczą nasz obowiązki. Zwątpienia nie mają szans przy obowiązkach. Strapienia, pytania, wątpliwości – wszystko ląduje na końcu kolejki w obliczu pierwszeństwa obowiązków. Potem, cała struktura społeczeństwa, kultura i zasady życia, które są jak te przygotowane stanowiska cumowe. Wiadomo co i jak, ktoś to już wcześniej przemyślał, zaprojektował, podstawił. Tylko podpłynąć i zawiązać silny cumowniczy węzeł. To wszystko trzyma Cię na jakimś, wybranym przez Ciebie akwenie.

Tego w podróży nie ma. Szczególnie samotnej i szczególnie długiej. Nagle te wszystkie liny zostają odcięte i z radością wypływasz na szerokie morza i oceany. Zachłystujesz się wolnością, cieszysz otwierającym się przed Tobą światem. Ale tych kotwic już nie masz. Nic Cię nie trzyma. I kiedy życie w bajce, jak to jednak nadal życie, postanowi Ci pokazać mniej atrakcyjne oblicze, nie masz się o co oprzeć, nic nie pomaga Ci przeczekać burzy. Ile by tam nie było w skali Beauforta, jesteś na otwartym morzu. Różnica z analogią do żeglarstwa jest jedna. W żeglarstwie wiesz co Cię czeka w takiej sytuacji. Wiesz, że w ogóle taka sytuacja może zaistnieć, przygotowujesz się, szkolisz. Ja te wszystkie cumy i kotwice, które miałam, traktowałam tak naturalnie, że nie zauważałam ich funkcji, nie poświęciłam im cienia uwagi, kiedy były. Nikt mi nie powiedział, uważaj! życie na jachcie w zacisznej marinie, a życie na jachcie pośrodku szalejącego oceanu to dwie zupełnie inne rzeczy, choć pokład jachtu jest ciągle ten sam.

Ludzie, bardziej niż miejsca, tworzą dom, chyba się zgodzisz. Rozłąka z bliskimi w Polsce to oczywisty ból. Otoczenie ludźmi podobnymi do nas to inna kwestia, inna, potężna kotwica. Taka sieć podobnych nam ludzi plecie się też i w podróży. Spotykasz innych podróżników i chociaż najczęściej rozjeżdżacie się w inne strony, to albo macie nadal jakiś kontakt albo najzwyczajniej w świecie zostajesz z cenną wiedzą, że nie jesteś sama. Szkopuł w tym, że z biegiem czasu wykruszają się i te podpory. Powoli spotykasz coraz mniej ludzi, którzy podróżują dłużej niż rok. Dłużej niż dwa. Dłużej. Potem niechętnie nawet mówisz ile jesteś w drodze, bo te cztery lata odcinają Cię jak brzytwą od towarzystwa. Już nie jesteś z ich świata.

Bezpieczna przystań. Dom. Tego nie ma najbardziej. Możesz budować niczym nomad małe domki po drodze. Rozrzucać po hotelowym pokoju zawartość plecaka ². Zostawać dłużej. Ale czy w istocie domu nie najważniejszy jest moment powrotu? Czy gdyby przepytać przechodniów “czym jest dla Ciebie dom”, to nie padłoby “miejscem do którego wracam”?

W podróży wracasz bardzo rzadko.

Zastanawiam się czym jest właściwie dom. Co myślą ludzie mówiąc “mój dom”. Czy to jest to miejsce w którym się mieszka, przeżywa radości i smutki codzienności, wyżywa życie z ukochaną osobą, dzieckiem, psem? I jeśli to jest to miejsce, to gdzie ono się kończy a gdzie zaczyna. Czy gdyby zabrać zdjęcia z regałów i podmienić meble na cudze, to to nadal będzie “mój dom”? A gdyby odjąć miasto i kraj dokoła tego mieszkania, to czy to nadal będzie dom? Albo gdyby nagle nikt wokoło nie mówił po polsku. Śmiejesz się? A dla mnie język to jedna z pierwszych rzeczy, które dziś kojarzą mi się z domem. Niezwykłe, ile znaczy taki jeden element. Cała ściana dźwięków, których na co dzień nie zauważamy, a która jest nam znajoma. Możliwość powiedzenie tego co człowiek ma na myśli. Precyzyjnie. Albo przewrotnie. Ale móc. Zastanawiałaś się ile wiemy o świecie, a przede wszystkim o drugim człowieku z tego nie co, ale jak mówi, jakich używa słów, sformułowań? Mogę odżałować tę samą poduszkę na tym samym własnym łóżku, którą miałam na myśli mówiąc tyle razy “muszę iść do domu”, ale języka odżałować nie mogę. Nie da się go zastąpić mobilną wersją turystyczną, złożoną w lekką kostkę³.

“Dom Twój gdzie serce Twoje”. Gdziekolwiek się teraz szwenda moje serce, to całym nim podpisuję się pod tą maksymą.

Problem w tym, że moje serce rozpanoszyło się po trasie. Z tęsknotą za Polską sobie poradziłam. To jest cena, którą znałam zanim ruszyłam w drogę. Nie wiedziałam jednak, że po drodze nazbieram setki innych tęsknot. Za ludźmi i miejscami, które były mi chwilowo domem. Za sobą z tych i innych miejsc, za krajami, które ukochałam, za jedzeniem, które stało się trochę moje. Kawą, która wyrosła na synonim domowego poranka, a której za kolejną granicą już nie ma. Te tęsknoty są bardziej żywe i trudniejsze niż ta za Polską. Po pierwsze nie byłam na nie gotowa i nadal nie wiem co z nimi zrobić. Po drugie, one odbierają mi po kawałku monopol Polski na “dom”. Polska i moi bliscy zawsze będą domem rodzinnym. Bez nich nie wiem jak potoczyłyby się moje podróżnicze losy. Im dłużej jestem z daleka od mojego polskiego domu, tym bardziej czuję, jak nie do przecenienia jest więź jaką mam z krajem i siła jaką dają mi bliscy.

Kiedy podróżujesz z kimś, to razem z tą osobą podróżuje z Tobą kawałek domu. Nawet jeśli nie jest to Twoja miłość lub przyjaciel, to nadal razem z tą osobą jedzie cały kontekst, cała reprezentacja świata, który był dla Ciebie od urodzenia domem. Kiedy jestem pytana o samotne podróżowanie, to albo o to czy się nie boję albo o to czy się nie nudzę. A wcale nie to jest najtrudniejsze (o nudzie to w ogóle nie ma mowy). Najtrudniejsze jest właśnie to absolutne odcięcie od tego co się składa na dom – kawałek świata, który znasz, język, w którym mówi Twoje serce i dusza, zrozumienie, o które nie trzeba walczyć, żywy dowód tego skąd pochodzisz. Obok Ciebie, siorbiący czaj, tutaj, w miejscu poza tą osobą i Tobą, egotycznym. Ktoś, kto ma na podorędziu cały zestaw małych suwenirów z rodzimego kraju. Pewnie nawet ich nie zauważasz dopóki nie zostaniesz sama. Uwierzysz, że kiedy tutaj w Tadżykistanie mężczyzna otworzył przede mną drzwi samochodu polsko-szarmanckim gestem, to prawie mu się rzuciłam na szyję ze wzruszenia?

Wiesz, że serce może pęc? Tak dosłownie, jak kryształowa karafka, która przestawiana przez pokolenia nazbierała rys i maleńkich pęknięć. Każda znikoma rysa to pamiątka jakiegoś małego wypadku, każda taka rysa przechodzi prawie nie zauważona. Chwila strachu, karafka cała, ulga i odstawienie na półkę. Aż któregoś dnia ktoś lekko stuknie taką karafkę. Nawet nie powstanie nowa rysa, tak nieznaczne to będzie stuknięcie. A ona rozpadnie się na kawałki po linii wszystkich małych pęknięć.

W podróży najczęściej zdarzają się pożegnania. Większe i mniejsze, bolesne, a czasem radosne. Każde pożegnanie zostawia na sercu małe pęknięcie. Życie w podróży to nowy twór, wiec uczysz się go od nowa. Akceptujesz te ciągłe pożegnania jako porządek rzeczy. Jednocześnie robisz to co kochasz, choć bywają gorsze i lepsze momenty, to w Twoich żyłach płynie szczęście. Jak łatwo wtedy przeoczyć te pęknięcia. Jak łatwo nie zauważyć rwącej tęsknoty w ferworze ciągle nowych światów. Nie dać popłynąć łzom, nie dać wyleczyć się ranom.

Beczak. Mój ulubiony Indonezyjski pojazd. Nigdzie nie czuje się tak Indonezji jak jadąc przyczepionym do motoru koszem. Takim beczakiem odwoziłam moją siostrę na lotnisko. W dniu, w którym pękło mi serce. Jechałyśmy tym pojazdem szczęśliwości wszelakiej, a ja czułam jak moje serce rozpada się na kawałki. Lawinowo rozsypuje się za nami, nie do odratowania, nie do odnalezienia. Siedziałam oniemiała, bezradna, nie pojmująca co się dzieje. To odhodowane życiem marzeniami serce! Wygrzane w tropikalnym słońcu. Odkarmione tym szczęściem, które tłoczyły aorty. Napuchnięte radością dopiero co spędzonego czasu z odwiedzającą mnie siostrą i przyjaciółką. Pękło, rozsypało się. Jedno niewinne pożegnanie za dużo. Setki przegapionych pęknięć i rys. Paniczna potrzeba powrotu do domu. Tylko gdzie to jest, jeśli tam dom Twój gdzie serce Twoje?

Pewnie się domyślasz, że jestem po drodze bezustannie pytana, gdzie jest mój dom. Nie bój się, nie raczę moich rozmówców takim filozoficzno-ekshibicjonistycznym wywodem, jakim uraczyłam Ciebie. Polska, czasem nawet Europa pada z moich ust jako odpowiedź. Niesamowicie jak zmienia się perspektywa. Pewnie cztery lata temu widząc jakiś slogan reklamowy “Europa – nasz dom” obśmiałabym się z do rozpuku z patetycznej pustki takich słów. Dzisiaj byłabym zła na taką rozhahaną pannicę za brak szacunku do mojego domu. Potem był długi czas, kiedy włóczęgostwo tak we mnie wsiąkło, że żartowałam, że jestem znikąd. Że nie mam domu.

Dzisiaj wiem, że nie jestem znikąd. Że jestem z sumy tych wszystkich domów, które tak gorąco mnie przyjęły. Domów do których dotarłam, bowiem tam, w Kraju Sosny, miałam i mam dom, który dał mi siłę i odwagę.

Dzisiaj też bardziej uważam na serce. Wiem, że w tym przedziwnym miejscu, jakim jest życie w podróży, klimat jest dla serca bardzo ciężki.

Że nie mam swojego własnego domu, do którego mogę wrócić? Nie szkodzi. Przyjdzie czas i na taki dom. Teraz stałby pusty, bo ja nadal jestem w drodze i końca tej drogi nie widzę.

Życzę Ci, żebyś kolejny list zaczęła od “nie uwierzysz co mi się dzisiaj śniło!”

Ishkoshim, granica Tadżykistanu z Afganistanem

¹ Lucid dreams, czyli świadome sny. Fascynujący temat. Najbardziej fascynujące jest to, że za pomocą odpowiednich ćwiczeń można doprowadzić do wywoływania takich snów. A potem w nich latać, zmieniać się w wysoką blondynkę i robić co tylko dusza zapragnie, a świadomy umysł może kontrolować.

² Obserwacja naukowa (jakiekolwiek potwierdzenia lub dowody obalające teorię mile widziane!). Nie wiem jak często masz okazję bywać w hotelowych pokojach podróżników. Otóż zauważyłam prawidłowość – im dłuższy czas bycia w podróży tym większy bardak w owym pokoju. Ci, którzy są na miesięcznej wyprawie prawie wrzucają ręcznik po kąpieli z powrotem do plecaka. Ci, którym stuknęły miesiące czy lata potrafią rozpętać najbardziej malowniczy bałagan zanim nawet postawią drugą nogę za progiem. A wydawałoby się, że z czasem człowiek powinien nabrać wprawy w organizacji życia na walizce i prawidłowość powinna być odwrotna, nie sądzisz? Na moje oko ta nieprawidłowa prawidłowość wynika właśnie z potrzeby znaczenia terenu, wyrwania sobie kawałka domu w dalekim od domu kraju.
Zwróć na to uwagę jeśli będziesz miała okazję.

³ Żeby nie było, podróżuję z poduszką.

32 Comments

  1. Bezpieczeństwo w podróży nie polega na wierze w pomoc bliskich w telefonie tylko umiejętności przetrwania, radzenia sobie, odnajdywania się i kontrolowania. Nigdy nie utrzymuję kontaktów z ludźmi, którzy nie są w stanie pomóc. Przypominają mi się słowa ojca, kiedy trafiłem do aresztu i miałem szansę zadzwonić: “a cóż ja mogę, trudno”… Właśnie, stracony telefon, ale gorzka prawda o niemocy najbliższych, którzy nie są na szczycie ewolucyjnego przetrwania. Zdany na siebie, determinacja, siła i znalezienie wyjścia z sytuacji! Wyjście zazwyczaj tworzy cały łańcuch zdarzeń, a my jesteśmy tylko jego centrum. Ale pozostałe są to cechy lidera dla samego siebie, dla osiągania celów i umiejętności podróżowania w obliczu zdarzeń i przygód.
    Samotności do końca nie potrafię kontrolować. Zawsze jest ta tęsknota, wspomnienia, chęć przeżycia czegoś z kimś jeszcze, podzielenia się, porozmawiania, wymiany.

    • Krzysztof, zgadzam się, że w kwestii samego bezpieczeństwa telefon do przyjaciele może nie pomóc. W sensie nie wyciągnąć z tarapatów (chociaż i z tym różnie bywa). Ale psychiczne wsparcie takiej możliwości, szczególnie kiedy tarapaty są natury emocjonalnej, a nie wypadku przy pracy, jest jednak cenne.

      Ja w liście miałam na myśli jednak coś innego. Życie w Polskiej (czy tez innej) rzeczywistości, w której budujemy sieć kontaktów, które dają nam poczucie bezpieczeństwa. Tutaj jest pytanie – czy samo poczucie bezpieczeństwa nie jest tym czego szukamy? Nigdy nie jesteśmy sobie w stanie zapewnić pełnego rzeczywistego bezpieczeństwa. Coś takiego nie istnieje. Ale możemy sobie zapewnić poczucie bezpieczeństwa. I tutaj, mam wrażenie, posiadanie na podorędziu ludzi, z którymi wiąże nas zrozumienie, wspólna przeszłość czy przyszłość, jest niezwykle ważne.

      Nigdy nie zdarzyło Ci się zwalczać bólu istnienia “wyjściem na wino”?

  2. krzysztofbaranowski

    Kasiu,
    Mam inny charakter. Wyjście na wino nigdy nie pomagało i unikam takich sytuacji. Odnowy szukam w przyrodzie, przemyśleniu, poezji. Drugi człowiek nigdy nie dał mi tego, nigdy nie dał mi poznać. To nie znaczy, że neguję obecność drugiej osoby. Ależ skąd! Nie było mi dane spotkać nikogo takiego, ale mam jeszcze nadzieję.
    Co do relacji, zgodzę się z Tobą, że miejsca, czas, piękno danego miejsca czy mieszkańcy i teoretycznie ptzyjaciele na chwilę – to wszystko piękne. WSzystko zależy jednak od nas, naszego smaku, doświadczenia, układania relacji. Podróżnicy to nie samotnicy tylko często ludzie uciekający od niej!
    Gdy robi się za miło sami uciekają bojąc się, że podróż się skończy, że zaufają a to nie będzie to i zostaną z żalem, że zaparli się drogi, siebie…
    Udowodniłaś wiele razy, że Jesteś tym jednym z Największych Podróżników. Ptaki migrują po wytyczonym szlaku i to nie jest podróż. Podróżą jest odcięcie się od przyciągania ziemskiego. Dlatego też poza tym przyciąganiem masz przyjaciół i wsparcie, choćby czytelników Twoich listów. Pozdrawiam i dmucham w Twój żagiel.

    • Aga

      Przyciąganie będzie zawsze chyba że ruszymy w kosmos…
      Drugi człowiek… może dać nam tyle ile w sobie ma jeśli się na niego otworzymy:-)

      Kiedyś po podróży, we śnie przyszedł do mnie taki wiersz:

      Wędrowiec
      singiel z rodziną
      zawsze osobny
      poza momentem
      wejścia w harmonię dusz
      z innym osobnym…

  3. Ania

    Mnie moja podroz nauczyla czerpac przyjemnosc z kazdego spotkania, a kiedy przychodzi czas rozstania nie plakac, a miec w glowie i w sercu wspomnienie tych wspanialych chwil spedzonych razem. – jak z Toba Kasiu, kiedy tutaj u mnie bylas. I choc chcialabym Cie zatrzymac na dluzej, Ty masz swoja misje do spelnienia, ja swoja i nasze drogi musialy sie rozjechac.
    Bardzo tesknie za moimi przyjaciolmi z Polski, za Rodzina ale nauczylam sie przezywac te tesknote i nie walczyc z nia. Pojawia sie od czasu do czasu i tak przez chwile jestesmy sobie ze soba. Zgodze sie Kasiu z Toba, ze przyjaciele daja poczucie bezpieczenstwa, daja tez oparcie psychiczne i moralne w krytycznych momentach. Sama doswiadczylam tego ogromu milosci przyjaciekskiej, ktorej nie moglabym doswiadczyc bezposrednio jesli nie byloby mnie w Polsce wowczas. Takze tak, w podrozy ciezej o ten komfort bycia z drugim, blisikim, znanym od lat czlowiekiem. Tego mi bardzo brakuje w Bangkoku – moich przyjacio znanych od lat, z ktorym, jak napisalas, lacza wspomnienia, wspolne przezycia, z ktorymi laczy dluga historia.

    Tesknie za Toba Katarzyno i czesto o Tobie mysle.

    • Aniu,
      “(…) nauczylam sie przezywac te tesknote i nie walczyc z nia. Pojawia sie od czasu do czasu i tak przez chwile jestesmy sobie ze soba. (…)”
      Pozwoliłam sobie wyciągnąć ten fragmencik. Nie łatwe to jest zadanie i nie najprzyjemniejsze towarzystwo na wieczór. Ale jak tą tęsknotę oswoić nieco, to nie jest aż tak źle. I w jakimś pokrętnym sensie, oddajemy tym wszystkim tęsknotom trochę należnej im uwagi. Może potem będą łaskawsze.

      Bardzo dziękuję Ci za to co piszesz. Pisz dalej i pisz więcej!
      Do zobaczenia na kolejnym balkonie skąpanym w polskich przebojach! K

  4. krzysztofbaranowski

    Samsara

    Samsara.
    Ocean Smutku.
     
    Zabiera mnie ze sobą, gdy milczysz…
     
    I uczy mnie pływać,
    gdy się śmiejesz.

  5. Niesamowite – jakbym czytała siebie, jakby wyszło to z mojego wnetrza, z mojej duszy.
    Dokładnie tak samo rozumiem podróz, samotnośc w podrózy i realcje jakie buduja się w drodze. Dziewczyny ! Piszecie tak dojrzale, tak mądrze- cudownie, że to publikujecie, może powstanie z tego książka?
    Wyjątkowo wasze “rozmowy” zachęcają mnie do wzięcia w ich udziału.
    Całym sercem jestem z Wami
    http://okiemwiewiorki.blogspot.com/?view=magazine

    • Ruda, my też dziękujemy! Dzięki takim osobom jak Ty chce nam się dalej publikować. A przede wszystkim ogólnie się chce. Bo padają z każdym Waszym komentarzem mity o tym, że ludzi nic już dzisiaj nie interesuje, że tylko krótkie formy, że obrazek zamiast słowa, że sensacja zamiast przemyśleń itd itd itd. A tu się okazało, że cała ta mitologia rozpadła się jak domek z kart pod Waszą reakcją.

      Wielkie dzięki! Zostań z nami!

  6. absolutnie fantastyczna wymiana mysli, poglądów, opinii – zachęcam do poczytania i przemyslenia !!!!!!!!!!!!!!!!

  7. Dorota, gorąco dziękujemy! WIELKIE PODZIĘKOWANIA DLA WSZYSTKICH! Nie o matematykę tutaj idzie, ale.. 1003 odsłony ostatniego listu i to tylko na mojej stronie. I niech mi ktoś powie, że ludzie w dzisiejszych czasach nie czytają. Serce rośnie! Przynajmniej moje:)

  8. czytają jak ktos mądrze pisze 🙂

  9. Maria

    Kasia, co do Afganistanu , pewnie , ze jesteśmy dobrej myśli , wszedzie są dobrzy ludzie , mam nadzieję . Tylko problem z Afganistanem jest taki, że oni nie chcą cudzoziemców . Nie chcą globalnej wioski , wiesz coś o tym , stamtąd przyjechałaś. Trzymam kciuki mocno 🙂 Czekam na wiadomość.

  10. Będziesz się Kaśka śmiała… otóż zamknęłam ostatnio za sobą drzwi swojego chińskiego (terminologię geograficzną w tej kwestii już dawno przyjęłam co by się samej nie pogubić) domu. Sama. I sama w pociąg wsiadłam. I sama przez (uwaga, uwaga!) trzy dni, z dala od wszelkich moich domów funkcjonowałam. Ja wiem, że to promil nieistotny czasu, ale ja, od zawsze z błogością uzależniająca się od towarzystwa “moich” ludzi, żyjąca minimum w parze, a najchętniej w stadzie, marząca o pokojach gościnnych, które nigdy na gości czekać nie muszą i sąsiadach wchodzących bez pukania, pierwszy raz sama, w kierunku gdzie nikt na mnie nie czekał, ruszyłam. I wiesz, myślałam o Tobie przez te całe trzy dni. O tym jak Ci jest samej, jak znosisz samotność, jakie relacje udaje Ci się stworzyć po drodze. Co chwilę odpowiadając na pytanie gdzie moi towarzysze podróży, otaczana opieką, jaka nie była mi nigdy gdy miałam kompana, dana, pomyślałam, że człowiek w podróży nigdy nie jest sam. I z tą pozytywną myślą rozgrzewającą mi serce spędzałam dzień na próbach rozmów o życiu sklecanych z kilkunastu przyswojonych, egzotycznych zdań. Potem przychodził wieczór, a ja bardziej niż orzeźwiającej kąpieli pragnęłam podzielić się minionym dniem z kimś, kto moje zachwyty, rozterki i pytania zrozumie. I teraz czytam Twoje słowa o fizycznej bliskości w azjatyckim tłumie i tęsknocie za zrozumiałym bez słów, za własnym, sercem bliskim. I widzisz, niby promil to był czasu tylko, a dzięki tym trzem dniom dużo lepiej te słowa rozumiem.

    • Ale przyznaj też, że samotna podróż to zupełnie inny świat i że fajnie było postawić w nim stopę. Było?:)
      Ta sama otoczka bezpieczeństwa i opieki, którą daje nam towarzystwo, odcina nas jednocześnie trochę od świata. Taka już jest jej natura. Nie wartościuję co jest lepsze a co gorsze. Ale nie miałaś wrażenia, że jest intensywniej? Głębiej? Bardziej?

  11. eLWu

    Pięknie napisane. Aż wspomnienia odżywają. Drogi trudnej, ale jakże satysfakcjonującej. Nieprzespanych nocy w podróży, ale ile pięknych momentów.
    Podróżować samemu jest bardzo ciężko. Trzeba być bardzo czujnym, zorganizowanym i przede wszystkim zdeterminowanym. Chwile zwątpienia przychodzą dość często, poczucie rezygnacji, “w imię czego”.
    Odpowiedź nasuwa się dość szybko, “w imię nieskrępowanej wolności”. Wolności rozumianej w aspekcie wyzwolenia się od konwenansów, lokalnych układów, miejscowych zobowiązań. Wyzwolenia od codziennych problemów egzystencji “z dnia na dzień”. To cóż z tego że intensywnością przechodzi się przysłowiowo “z deszczu pod rynnę”, że “problemy” i wyzwania mnoży się na potęgę, choćby dotyczyły najbardziej błahych spraw na świecie, których w “codziennym” życiu nawet byśmy nie zauważyli (woda pitna, łazienka, mydło, łóżko).
    Wtedy najbardziej czuje się “więź ze światem”, poczucie harmonii z nim, uczy pokory, ale też nadziei na przyszłość. Kiedy improwizacja nie wystarcza, trzeba uczyć się planowania, a to przysparzało mi zawsze najwięcej trudności. Często dalej sprawia, ale tym samym tworzy więcej miejsca na kreatywność.
    Nie zgodziłbym się z Krzysztofem, że ludzie muszą być do czegoś PRZYDATNI, żeby byli POTRZEBNI. Chociaż myślę że wiem co ma na myśli i też zdarzało mi się często tak myśleć. Odkryłem, że czasami najmniejsze słowo, gest czy spojrzenie, nawet całkiem obcej osoby, potrafi zmienić nasz punkt widzenia o “dowolną wielokrotność 180* “. Na przeciwny lub z powrotem. Bo jakkolwiek samotni (w podróży lub nie) byśmy nie byli, zawsze mamy świadomość że nie jesteśmy sami na tym świecie. KTOŚ jest tam GDZIEŚ. Inni ludzie, żyjący innymi sprawami, ale oprócz tego całkiem jak my. Taka “ludzka rodzina”, (no bo mamy przecież wspólnych przodków, prawda? ).
    Pozdrawiam wszystkich, którzy odważyli się wyjść ze swojej “strefy bezpieczeństwa” oraz tych co taki krok mają jeszcze przed sobą 🙂
    eL

    PS. Z tym bałaganem i oznaczaniem terenu to był strzał w dziesiątke.
    Nigdy wcześniej o tym tak nie pomyślałem, a pasuje jak ulał.
    Dziękuję 🙂

  12. Czytam Cię, Kasiu, czytam Was obie i do tej pory wszystko to, o czym piszecie było dla mnie egzotyczne, obce i odległe. Szalenie interesujące, ale zupełnie na przeciwległym krańcu mojego obecnego życia. I choć podróżowałam i rozumiem doskonale o czym rozmawiacie, to gdzieś czułam się poza tym wszystkim, poza tymi emocjami, poza tymi doświadczeniami, bo te, które zebrałam wcześniej w trakcie swoich podróży, zostały gdzieś zamknięte, w czeluści mojej głowy co prawda, ale na jakimś odległym i zapomnianym już kontynencie. Czytałam to wszystko próbując przypomnieć sobie te wszystkie emocje, przywołać wspomnienia, poczuć że znowu żyję. Na próżno. Do dzisiaj. Do momentu kiedy dotarłam do akapitu o pękniętym sercu i kiedy popłynęły łzy… I już wiem skąd to wszystko. Skąd ta pustka i emocjonalne oddalenie. Mam pęknięte serce! Wszystko, co zdarza się teraz przepływa przez nie, ale nic nie zostaje. Czasem przepływa tak szybko, że nawet nie jestem w stanie poczuć emocji. Moje żyły już nie pompują tego szczęścia. Zastanawiałam się czy ono nie jest po prostu rozdarte, czy nie jest podzielone na moje trzy domy na trzech kontynentach, ale nie, ono jest rozbite. Teraz wiem, że w podróży czułam się dobrze, bo podróż zapewniała wielość barw i smaków w dużym natężeniu w bardzo krótkim czasie – wtedy, zanim wszystko z mojego serca wyciekło, część zdążyła się przedostać do krwiobiegu. W “normalnych” warunkach, o takie emocje trudno. Doprawdy nie wiem co zrobić teraz z tą wiedzą, jak naprawić coś, co wydaje się być nienaprawialnym…? Gdzie szukać tych kawałków i jak je złożyć do kupy? Bo to, że muszę je poskładać, to pewne. Bo przecież nic nigdy nie będzie moim domem, skoro nie będzie tam serca. To dlatego ciągle za czymś biegłam, ciągle szukałam, nie do końca zdając sprawę sobie z tego czego ani dlaczego. Teraz już wiem. Muszę odnaleźć swoje serce, wtedy odnajdę prawdziwy dom.

    • Aniu, no to mamy międzykontynentalne ocieranie łez…Wzruszyłaś mnie. Bardzo dziękuję Ci za ten komentarz.
      Chciałabym móc powiedzieć Ci co robić, ale sama nie mam recepty na taki sercowy przypadek. Wydaje mi się, że sama doszłaś do najlepszych wniosków. Dla kogoś, kto tak wiele potrafił zrobić, wiedzieć co robić to najważniejszy krok. Teraz tylko trzeba o tym nie zapomnieć. Bo mi się wydaje, że tutaj leży największe niebezpieczeństwo – w nieuwadze. Całą resztę widzę w różowych barwach. A że takie perturbacje to terra incognita? Nie pierwsza to pewnie i nie ostatnia dla Ciebie, prawda? I ile radości i przygód może czekać po drodze! I jak to piękna wyprawa! Wyprawa w poszukiwaniu serca.
      Szczęśliwej drogi Aniu! Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za ten list.
      Kasia

  13. Kasiu a ja sie przyznam, ze lapie sie na tym, ze mysle o tym liscie, o tym co Ty napisalas, i o tym jak to jest ze mna w poszukiwaniu domu…. pozdrawiam

  14. Kasiu wspaniale to ujelas. Ja nawet ta samotnosc lubie. Ona mnie zmienila, moje spojrzenie na swiat, nawet moj charakter. Troche mnie uspokoila, kiedys bylam o wiele bardziej szalona, nadal jestem, ale doroslam. Mysle z to sie wlasnie stalo dzieki tej samotnosci, nauczylam sie siebie, swoich emocji.

  15. Pięknie napisany wpis. Masz sporo racji, wiele osób cierpi na taką samotność w podróży

  16. Dorota

    Skąd na to macie pieniądze??dlatego większość ludzi zadaje Wam (mi – też podróżuję, ale nie stać mnie na to, żeby sobie rzucić pracę na pół roku i rozmyślać o sobie) tego typu pytania. Dla 90 procent populacji to co robią bogaci (dla nich) ludzie z Zachodu to fanaberie znudzonych bogaczy.

  17. Aga

    Piękny ten Twój wpis, Kasiu i piękne i ważne to co wywołał. Przez kilka lat po studiach podróżowałam też głównie po Azji, aby po tych kilku latach już głównie na miejscu podróżować wewnętrznie.Bez wątpienia doprowadziła mnie do tego tamta wędrówka. Podróże karmią nas i cudna jest ta wymiana do której dochodzi między nami a spotykanymi po drodze i ludźmi i zwierzętami.
    Teraz już podróżuję znacznie mniej i mniej myślę o tym co się działo gdy mieszkałam w Chinach, a potem na Tajwanie co było jeszcze trudniejsze, ale gdy przed chwilą czytałam Twój wpis, ożywały dawne emocje – mi też najbardziej brakowało języka…Z czasem zaczęłam jeździć gdzieś dla snu który się pojawiał i był nawet ważniejszy od wyjazdu. Wyjeżdżamy by poprzez spotykanie ludzi, miejsc, inności spotkać samego siebie i czuć się coraz harmonijniej częścią świata.
    To budowanie siebie, wymiana ze światem która dla obu stron jest ważna i niezapomniana i widzenie siebie coraz wyraźniej dzięki podróżom i przestawanie widzenia różnic zewnętrznych to to co odróżnia podróżników od turystów…
    Dzięki podróżom trafiamy w końcu do domu…Z jednej strony część domu nosimy w sercu, więc chodzi o tę drugą. Dla jednego to będzie rodzina, dla drugiego – świat cały…Może to być nomad z dziada pradziada, a może to być nomad odnaleziony…
    Pięknie napisałaś Kasiu o pełnej pęknięć karafce, u Ciebie ważnym pęknięciem było rozstanie z siostrą, wcześniej z partnerem, u Eweliny – bohaterki drugiego wywiadu Łukasza, pękniecia kości, u mnie rozstania z moimi kolejnymi partnerami.
    Wszyscy mamy jakieś pęknięcia, jedne karafki się rozpadają inne funkcjonują z mniejszą lub większą trudnością z pęknięciami. Tylko niewiele osób ma odwagę żyć lecząc się jednocześnie, często lekiem jest podróż, czasem wystarczy zażywać go jakiś czas by potem wyleczonym móc go odstawić, czasem bierze się go całe życie – i to jest równie dobre jeśli jest to nasza droga w tym życiu.Do jakiegoś czasu czekamy na moment gdy możemy w końcu z pewnością postawić sobie autodiagnozę – czy lek jest na jakiś czas czy na całe życie…pomyślnych wiatrów, Podróżniczko!
    Aga

  18. Oj, to takie prawdziwe…

  19. Ja od zawsze czuję, że mój dom jest w drodze. To tam czuje się u siebie, spełniona i szczęśliwa. W domu myślę wyłącznie o wyjeździe, wiec tak jak wszystko ma swój czas to stwierdzam, że ten na dom u mnie jeszcze nie nadszedł.

    • Dom w drodze to ciężki kawałek chleba, tym mocniej trzymam kciuki za to by Cię droga prowadziła w najpiękniejsze zakamarki, niechby one nawet były czasami mroczne w swoim pięknie. I żeby Cię Los czule trzymał za rękę w tej wędrówce.

  20. Wydaje mi się, że samotność w podróży pozwala na odkrycie na nowo samego siebie.

    • Zgadzam się Sebastian, chociaż jak do każdego odkrycia samo bycie gdzieś czy w czymś nie wystarczy, trzeba jeszcze chcieć zauważać, a nie zawsze są to odkrycia spowite różową poświatą.

      Dziękuję bardzo za komentarz, miło mi bardzo Cię tu widzieć. Pozdrawiam serdecznie i życzę słonecznych dni!

  21. Igor

    tak daleko w tym wszystkim

  22. qba

    Samotność.Można ją “polubić” gdy nie ma innego wyboru , także bo MY , ludzie , potrafimy się tylko ranić , trzecie wyjście-egoizm. Absolutnie każdy świadomy , dobry człowiek , pragnie miłości . Najciekawsze będzie spojrzenie po latach na czas poświęcony drodze , czy jej prędkość w gonitwie “za” nadała sens kierunkowi . Póki co wszystko się niby zgadza…

Leave a Reply

Your email address will not be published.
Required fields are marked:*

*