Street children India © 2010 Katarzyna Tolwinska. All rights reserved

Spokój sumienia one dollar only [Listy z drogi]

Poniższy list jest drugim z serii “Listy z drogi”, mojej korespondencji z Joanną Składanek, Redaktor Naczelną Portalu MONOLOCO.

“(…) Poza oczywistym pięknem, przytłaczające obrazy długo nie opuszczały mojej głowy. Nie dlatego, że ubóstwo w Polsce jest inne lub mniej bolesne, a dlatego, że jest zdecydowanie mniej natarczywe, jakby łagodniejsze, mniej tragicznie w swojej istocie. Choć po latach spędzonych w drodze ujrzałam na własne oczy pewną niewygodną prawdę, którą wyraził R. Kapuściński podczas jednego z wywiadów: “Biały jest na ogół człowiekiem zamożnym. Prawdziwa bieda jest kolorowa. (…)”

Cały list Joanny Składanek pt.  “Biała, pomocna dłoń”  na portalu Monoloco. Koniecznie przeczytaj!

W odpowiedzi na “Biała, pomocna dłoń”

Spokój sumienia one dollar only

Asiu,
Lijiang…Jakże ja byłam urzeczona chińskim mistycyzmem, zanim do Chin wjechałam. Lijiang to rzeczywiście przepiękne miasteczko, ale z przykrością muszę Ci donieść, że tylko od 5 do 7 rano. Wtedy uliczki są puste, czasem przechodzi tylko kobieta z wiklinowym koszem na plecach, przysypia na schodkach pies, powietrze jest pudrowo-różowe od czerwonych latarenek, budynki pysznią się rzeźbionymi drzwiami. A potem budzi się kilkaset tysięcy chińskich turystów, antyczne miasto zamienia się w centrum handlowe i trzeba dwóch metrów wzrostu, żeby zobaczyć Lijiang ponad przelewająca się ludzką masą. Masą, która tętni konsumpcjonizmem, kupuje z rozmachem i beztroską dziecka, które dostało do ręki pieniądze, nagle, dużo, bez poczucia ich wartości. I chyba właśnie tak jest, że młode pokolenie Chińczyków ma pieniądze (zwykle nie swoje, a rodziny), po raz pierwszy może sobie pozwolić na cokolwiek sobie życzy. Lijiang przede wszystkim był dla mnie odkryciem w skondensowanej formie społeczeństwa, które może, które ma. Które nie myśli o przyszłości, korzysta z tego dobrobytu bez zwłoki, bez ograniczeń. I muszę przyznać, z dziecięcą radością.

Paszcza lwa. Ładnie to ujęłaś. Staram się nie wkładać tam swojej blond głowy, nie martw się. Ale będę miała kilka słów do powiedzenia w materii samej paszczy. To jest trochę tak jak z tymi zakrętami o których rozmawiałyśmy. Nad wyraz często miejsca i ludzie, którzy owiani są złą sławą, de facto wcale na nią nie zasługują. Pamiętam doniesienia medialne o okrutnej wojnie partyzanckiej w Aceh, o terroryzmie, o fanatyzmie religijnym. Aceh, które ja poznałam jest domem cudownych, dumnych, honorowych ludzi. Ze wszystkich miejsc w których byłam właśnie tam poczułam, że chcę się zatrzymać, wynająć dom, pomieszkać między nimi. Więc z tą paszczą też trochę jest tak, że trzeba podejść nieco bliżej żeby zobaczyć na ile jest tak jak nam się wydaje. Kiedy zaczynałam swoją podróż od Iranu w 2009 roku, kilka osób pukało się w głowę. A był to jeden z bardziej spokojnych, otulonych opieką i troską o moje bezpieczeństwo i samopoczucie miesięcy. Góry przy Chittagong, znane jako baza organizacji terrorystycznych (o ile można mówić o lokalizacji tego typu organizacji, jako znanej) były miejscem, gdzie spotkała mnie wręcz nadgorliwa opieka, gdzie na stoliku w moim hotelowym pokoju rosła codziennie góra jedzenia, którego nie byłam w stanie przejeść, a nie sposób było odmówić. Oczywiście, zgadzam się z Tobą, że są miejsca niebezpieczne. Że nie warto wsadzać reki w ogień, żeby się przekonać, że parzy. Ale im dłużej jestem w drodze tym więcej mam niewiary, że światełko na horyzoncie to właśnie ogień, neon ostrzegawczy. Zbyt często kiedy podeszłam bliżej, zamiast pożaru znalazłam ciepło domowego ogniska.

Kiedy tak rozmawiamy, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wszystko kwestionuję, że coraz mniej rzeczy mogę powiedzieć z przekonaniem, że tak właśnie jest. Więc jak to jest z tą obiegową prawdą “podróże kształcą”? Ja im więcej widzę, tym mniej wiem. Wiem na pewno. Ale może to właśnie jest najcenniejsza wiedza?

Piszesz o zmianach, które zachodzą w Tobie. Z jaką przyjemnością to przeczytałam! To jak spotkać rodaka po miesiącach na obczyźnie. Przyjemność przeszywającego uczucia “nie jestem sama”. Niesamowite jak ludzka natura szuka potwierdzenia własnych uczuć i myśli w drugim człowieku. Dla mnie również te zmiany jakie zachodzą we mnie są odrębna, fascynującą podróżą. To jest ten jeden element, który przemawia w moim przypadku za tak długą nieprzerwaną wędrówką. Inaczej czujesz samotność po miesiącach, a inaczej po latach. To jest podróż w czasie, której inaczej niż czasem nie da się odbyć. Temat na odrębny, baaardzo długi list….

Biała pomocna dłoń… Myślałam, że jadąc przez skrajnie ubogie kraje widziałam już wszystko. Dopiero teraz wyjeżdżając ze strefy tropików powaliło mnie jak bieda pokazuje swoje bezlitosne oblicze w zimnym klimacie. Jakbym zetknęła się z nią po raz pierwszy w życiu. Jadąc przez północ Wietnamu, trafiłam do wioski porzuconej pomiędzy nieprzyjaznymi górami. Ubrana we wszystko co mam i nadal trzęsąca się z zimna zobaczyłam maleńkie dzieci ubrane jedynie w koszulkę, nagie od połowy ciała, z plamami odmrożeń. Może właśnie dlatego, że nie byłam na to przygotowana, moją natychmiastową reakcją było pomóc, oddać ubranie, dać pieniądze. Stąd rozumiem ludzi, którzy w pierwszym zetknięciu z “kolorową biedą” mają bezwarunkowy wręcz odruch wyciągnięcia z kieszeni dolara.
Zły odruch. Nie mnie oceniać jak każdy radzi sobie z tymi kwestiami, ale jest kawałek tego tematu, co do którego nie mam cienia wątpliwości, że jest szkodliwy. Przypadki skrajne, czarno-białe, bez absolutnie żadnego odcienia szarości. W których straszliwe nadużywanie i krzywdzenie dzieci wynika właśnie z tego, że wyciąga się tak chętnie w bezmyślnym odruchu biała pomocna dłoń. Dwa miejsca natychmiast przychodzą mi do głowy.

Siem Reap, Kambodża. Miasteczko, które rozrosło się hotelami i barami dzięki swojej lokalizacji przy ruinach antycznego królestwa Angkor Wat. Mieszkałam tam przez ponad miesiąc. I dzień w dzień idąc z mojej wioski do centrum miasta przechodziłam obok głównego placu. Po lewej Pub Street z dziesiątkami barów i iście europejsko-imprezowym klimatem, po prawej supermarket. Pomiędzy kursują kobiety, każda z niemowlęciem na rękach. Nie proszą o pieniądze, proszą o mleko w proszku dla dziecka. Można kupić we wspomnianym supermarkecie za dziesięć, może dwadzieścia dolarów. Można też oszczędzić sobie zachodu i dać im pieniądze do ręki. Oczywiście mleko nigdy do dziecka nie trafia, na półki sklepowe wraca to samo pudełko, a pieniądze dzielone są między sprzedawcę a resztę zaangażowanych w proceder osób. To co jednak jest w tym najbardziej tragiczne, to regularne znęcanie się nad tymi dziećmi, które odpalają w turystach odruch pomocy. Przez ponad miesiąc kiedy tam byłam nie słyszałam ani razu płaczu dziecka. “Najlepsze” godziny to późny wieczór, kiedy turyści idą na kolacje oraz noc, kiedy wracają podchmieleni z barów. Więc te dzieci są na ulicy od popołudnia do pierwszej, czasem drugiej w nocy. Nigdy nie widziałam, żeby były tulone, nigdy nie widziałam, żeby były karmione, nie okazywana im była żadna czułość. Podeszłam wreszcie do tych kobiet, zapytać o ich dzieci. Zanim zdążyłam zadać pytanie agresywnie zaczęły mnie odganiać. Kiedy nie chciałam odejść, jak spod ziemi wyrosło kilku mężczyzn, którzy pokrzykując kazali mi odejść, zaczęli popychać, straszyć. Roztrzęsiona wróciłam na obrzeża miasta i zaczęłam wypytywać. Skąd są te dzieci, czyje, dlaczego na ulicy, dlaczego całymi nocami. Okazało się, że to w ogóle nie są dzieci tych kobiet. Są za drobną opłatą wypożyczane od swoich matek. Dlaczego nie płaczą? Bo są otumaniane ziołami (w najlepszym przypadku!) albo alkoholem. Dlaczego nikt nie reaguje? Bo interes jest tak dobry, że opanowała go mafia. Wszyscy się boją. Ale wystarczyłoby, żeby skończył się przypływ gotówki od turystów i te dzieci wróciłyby do matek, do może biednych, ale troskliwych ramion. Siem Reap to nie jest odosobniony przykład. Tego typu proceder odbywa się w większości turystycznych miejsc. Tutaj nie ma odcieni szarości, tutaj każdym dolarem przykładasz się do krzywdy kolejnego dziecka.

Okrutny, bezwzględny proceder. Ale to nie koniec. Piszesz o Kalkucie i to jest szczególne miejsce, gdzie nędza ludzka przekracza granice pojmowania. Ja jednak chciałabym opowiedzieć o Mumbaju. W Mumbaju jest de facto jedna ulica, gdzie są biali. Colaba. Ulica utkana straganami z kaszmirowymi szalami i innymi dobrami lepszej jakości. Tam też pracują dzieci. Dzieci-kaleki. Nie zobaczysz tam zdrowego, nawet brudnego i obdartego dziecka. Tam pieniądz bije doskonalszy mechanizm. Żebrzące dzieci, których kalectwo jest tak przerażające, że monety lecą w ich kierunku szybko, bez zastanowienia, byle skończył się ten koszmar. To nie są dzieci z którymi się rozmawia, to są dzieci, na które się nawet nie patrzy.
Dwie przecznice za ta ulicą jest slams, taki lepszy slams, gdzie widzisz małe oznaki “luksusu” – bieżąca woda, lepszy karton na dach, dach. Tą dzielnicę utrzymują okaleczone dzieci. Dzieci, które rodzą się zdrowe, okaleczane są przez ich własne rodziny. Nie mówię o tym, żeby pokazać okrucieństwo tych rodzin. Mówię o tym, bo w pewnym sensie kalectwo tych dzieci jest sumą “dobroczynności” białego człowieka. O tym trzeba mówić, bo ignorancja w połączeniu z naturalnym odruchem pomocy jest bezpośrednim powodem dla którego istnieje takie okrucieństwo.

Nie jesteśmy w stanie zmienić kultur w których posiadanie dzieci ma inny wymiar. W wielu azjatyckich kulturach dzieci rodzi się z pewnym biznesowym zamysłem. Otwarcie komunikowaną intencją. Często jestem pytana kto mnie utrzyma za kilka lat, kto przejmie odpowiedzialność za mnie, będzie na mnie pracował. Bowiem taka jest też funkcja posiadania dzieci. W nie się inwestuje, tak jak my inwestujemy w fundusz emerytalny. I czasami przyjmuje to wynaturzone formy. Zmiana tego na poziomie mentalności byłaby ogromnie trudna. Natomiast mamy władzę położyć kres jakiejś części tego wynaturzonego okrucieństwa.

Wyobraź sobie, że od dzisiaj, od tej chwili nikt więcej nie wrzuci grosza kalekiemu dziecku. Żadnemu dziecku. Jak długo trwałoby, zanim dzieci przestałyby być kaleczone? Zanim wróciłyby do szkoły, bo wykształcenie albo inna aktywność dająca im szanse na lepsze życie byłaby bardziej opłacalna niż żebranie na ulicy? Jak długo trwałoby zanim problem by zniknął zupełnie? Wiem, że to jest utopijny pomysł, ale wyobraź sobie taką sytuację. Czy spojrzenie na to od tej strony nie rozjaśnia trochę mechanizmu, który my sami nakręcamy?

Czasem jest to tak oczywiste, że aż trudno uwierzyć, że dorośli ludzie uczestniczą w tym procederze. Nic łatwiejszego niż wyciągnąć kilka dolarów i kupić sobie spokój sumienia. Zdjąć z pocztówkowego krajobrazu niewygodny element. Tragiczny paradoks takiego gestu pomocy polega na tym, że dokładnie ten gest te dzieci kaleczy, psychicznie i czasem dosłownie, fizycznie. To przyznam, że mnie złości, potwornie bulwersuje. Zapytałam kiedyś spotkaną w Mumbaju dziewczynę “Zastanawiałaś się kiedyś gdzie są te niemowlęta, kiedy wyrastają z pieluch? Co się dzieje z kalekimi dziećmi kiedy mają 10 lat?” Wprowadzona w temat była oburzona, miała łzy w oczach. A dzień później rzuciła kilka banknotów kalekiemu dziecku. “Nie mogłam się oprzeć” – mówi. A ja nie mogę przestać zastanawiać się nad tym jak to jest możliwe.
Powiem Ci uczciwie, że w niektórych przypadkach kiedy miałam okazję obserwować “białą dobroczynność”, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że obserwuję współczesnego potomka kolonialistów. Mądrzejszy, wyedukowany, lepszy, ze współczuciem w oku i wzdrygnięciem delikatnych nerwów rzuci kilka groszy “tym biednym ludziom”. Nie patrząc w oczy, nie dotykając, prawie zasłaniając usta chusteczką. Gdzie tu jest dobroczynność? Gdzie pomoc?

Piszę o tych najbardziej skrajnych przypadkach, ale też i te burzą mi krew w żyłach. Głównie dlatego, że na to mamy wpływ. Jest cały ogrom biedy i nieszczęścia, wobec którego jesteśmy bezsilni. Ale jest też krzywda, którą my sami kreujemy brakiem odpowiedzialności i bezmyślnością.

Pytasz jak pomagać. Ja sama zadaję sobie bezustannie to pytanie. Nie mam odpowiedzi, nie mam gotowej recepty. Radzę sobie podobnie jak ty. W indywidualnych relacjach staram się zobaczyć jak mogę pomóc nie wyrządzając krzywdy. Jeśli jestem gdzieś dłużej organizuję lekcje angielskiego albo matematyki raz dziennie. Wożę ze sobą pudełko kredek i blok, ale nie rozdaję, a siedzę z dzieciakami i razem rysujemy. Na poczet tego wspólnie spędzanego czasu uczę się w jednym kraju budować z kijka i kokosów “wyścigówkę” i zawożę ten patent do innej gromadki. Ta z kolei uczy mnie swoich zabaw i jestem przekonana, że mają z tego więcej radości niż z cukierka, który bym im dała. Nieoceniona okazała się umiejętność plecenia wianków, o podstawowej znajomości origami nie wspominając. Nigdy nie daję pieniędzy dzieciom. Nie widzę nawet krzty pozytywnego efektu jaki miałoby to przynieść. Wręcz przeciwnie – tak jak piszesz, uważam, że to je krzywdzi, wychowuje pokolenie żebraków. I to się dzieje bardzo szybko. Pamiętam kiedy do wioski w której mieszkałam przyjechał podróżnik uzbrojony w długopisy i cukierki. W ciągu dwóch dni z gromadki dzieci, które przychodziły po szkole pokazać mi swoje zeszyty, pobawić się, pośpiewać, zrobił się sznur wyciągniętych po długopis i cukierek rąk.

Tybet, miejscowość, która brzmi jak Każągksansu
i na brzmieniu musimy poprzestać, bowiem nie ma w promieniu 60 kilometrów
ani jednej litery w rzymskim alfabecie

Z serii: Listy z drogi

5 Comments

  1. kASIU, mocne to, co mówisz. Mocne i prawdziwe. Ja też staram się nie uczyć żebrzących dzieci, że wyciąganie ręki po dolara jest dobre i ma sens. Z drugiej strony nie dziwię się jednak turystom, którzy pędząc gdzieś z jednej atrakcji do drugiej nie mają czasu na to, żeby się bliżej zapoznać z takimi dziećmi, pobawić, dać im trochę siebie. Przerażeni i poruszeni takim widokiem chcą jakoś pomóc i… tylko pogarszają sprawę. Trudno nie zareagować na niemal płaczące dziecko, które ciągnie za twoje spodnie i podkłada ci się pod nogi, prosząc o jedzenie czy drobny grosz. Nie wiem, czy jest na to wszystko jakaś rada, czy właściwie cały ten proces da się jeszcze zatrzymać. Na pewno wpisy takie, jak ten pomagają, za co Ci dziękuję… ale do wszystkich nie dotrą. Przykre.

  2. Agnieszka

    Kasiu, nie wiem, jak to się stało, ale do tej pory robiłam właśnie to, czego nie powinnam robić, czyli woziłam ze sobą lizaki, kredki i kolorowanki… I dawałam tym dzieciom, które podchodziły do mnie z wyciągnięta ręką, myśląc, ze daje im odrobine normalnego dzieciństwa. Wstyd mi teraz za moje zachowanie, ale wtedy naprawdę czułam, ze to co robię, jest dobre. Czytam Twój list po raz kolejny, zapamiętam teraz, ze bardziej pomoże tym dzieciom, jeśli ofiaruję im mój czas, tak jak Ty, nie wiem, z czego to wynika, ale bardzo łatwo wchodzę w kontakty z dziećmi, chyba mnie lubią, wiec powinnam to wykorzystać i w ten sposób przekazać im cos od siebie, spędzając z nimi czas. Dziękuje Kasiu!

  3. Mem

    Witaj Kasiu,
    opisane przez Ciebie zjawisko znam z dawnych lat z Warszawy, tylko w wykonaniu Rumunów.
    To chyba nie bieda jest problemem, tylko kapitalizm. Wszyscy muszą zdobywać pieniądze, żeby płacić tym, którzy z wydzielania dóbr (oraz zupełnie niepotrzebnych rzeczy) czerpią zyski.
    Naturalnie, że przyciśnięci ludzie wybierają metodę najbardziej skuteczną z dostępnych. Ale to nie oni są winni, że są biedni, tylko ci, którzy chcą więcej i więcej. Wszędzie ich widać. Poczynając od pojedynczej pazerności (napisałabym tu inne słowa oraz nazwiska, ale nie widziałam jeszcze przekleństw na tym blogu), po całe państwa tego świata uciskające inne dla zysku.
    Trzeba o tym mówić, szczególnie do osób chętnie kupujących sobie spokój sumienia, dolar tu, datek tam, bez świadomości co za tym stoi.
    A w ogóle, nasuwa mi się metoda walki szlachetnego Robina z Sherwood, czyli odebrać tym co mają za dużo i rozdać tam, gdzie brakuje. Czy byłoby to możliwe?
    Pozdrawia Maja

    • Droga Maju,
      metody walki szlachetnego Robina z Sherwood można zaobserwować na kartkach historii. Pierwszym przykładem godnym uwagi, gdzie owa taktyka została zastosowana, to polityka ziemskich reform prezydenta Zimbabwe.

      Robert Mugabe (nasz “Robin Hood”), niepokonany i nieśmiertelny prezydent kraju, odebrał białym (tym, co mają dużo) farmy oraz pastwiska i przekazał je czarnym (tym, którym brakuje i którym się należy). Ten ‘miłosierny’ gest doprowadził do całkowitego załamania gospodarki kraju, który w okresie kolonializmu i rządów Europejczyków był jednym z najlepiej rozwiniętych i prosperujących krajów Afryki. Zimbabwe stanęło na drodze do upadku. Stopa bezrobocia podskoczyła do 95%, wybuchła epidemia cholery, gwałtownie rosła inflacja, w sklepach brakowało podstawowych produktów.

      Dążę do tego, że skutki działalności naszego Robina były opłakane. Ludzie, którzy przejęli farmy od rolników, nie mając zielonego pojęcia o uprawach, ba! mając w nosie pracę w polu, razem z prezydentem doprowadzili do upadku kraju. Produkcja rolna drastycznie spadła, padł eksport, a kraj dotknęła klęska głodu.

      Oczywiście przyczyn tego ciągu nieszczęść doszukiwać się należy przede wszystkim w historii państwa: od brytyjskiego panowania, kolonizacji, powstania Południowej Rodezji, po odzyskanie niepodległości (na brytyjskich warunkach) i utworzeniu Zimbabwe.

      I wracając do tematu – ciekawe, co by się stało, gdyby pieniądze bogatych przekazać w ręce biednych? Czy potrafiliby zrobić z nich pożytek, czy wręcz przeciwnie i ich sytuacja nie uległaby żadnej poprawie?

      Pozdrawiam serdecznie!

  4. Aleksandra

    Będąc ostatnio w Krakowie widziałam kampanię przeciwko dawaniu żebrzącym dzieciom pieniędzy. Właściwie to wiele miast takie kampanie prowadzi, cieszy mnie to, ale pewnie nie ma takich kampanii w Indiach, są?

Leave a Reply

Your email address will not be published.
Required fields are marked:*

*